DO GŁÓWNEJ

o mnie
dlaczego chodzę po górach
mój styl chodzenia
jak "prześladował mnie" reżim
o stronie i planach jej rozwoju


DO GÓRY o mnie

Na początek wyjaśniam, że jestem zwykłym turystą (ktoś powie ceprem - niech i tak będzie) bez żadnych ciągot taternickich. Po górach chodzę od 1982 roku i przeszedłem już Góry Izerskie, Karkonosze, Rudawy Janowickie, Góry Kamienne, Góry Wałbrzyskie, Masyw Ślęży, Góry Sowie, Góry Bardzkie, Góry Stołowe, Góry Bystrzyckie, Góry Orlickie, Masyw Śnieżnika, Góry Bialskie, Góry Złote, Beskid Śląski, Beskid Żywiecki, Beskid Mały, Masyw Babiej Góry, Beskid Wyspowy, Gorce, Pieniny, Beskid Sądecki, Beskid Niski, Bieszczady i Tatry. Kiedyś bawiłem się w Górską Odznakę Turystyczną - zdobyłem małą złotą i na tym poprzestałem ponieważ wielodniowe wycieczki dziwnymi trasami w poszczególnych grupach górskich były dla mnie nie do przyjęcia. 
Obecnie mam mało czasu i jeżdżę praktycznie tylko w Tatry, gdzie po raz pierwszy "na poważnie" byłem w roku 1985. Z kolei pierwsza wycieczka w Tatrach Słowackich (Polski Grzebień z Łysej Polany) to rok 1995. Od tego czasu chodzę już prawie wyłącznie po Słowackiej stronie. Mam zamiar przejść wszystkie znakowane szlaki. Ile przeszedłem, a ile mi zostało widać na   schematycznej mapce szlaków   (1500 x 1000 pikseli, 50KB).
Kiedyś ubolewałem, że w granicach Polski leży ledwie 20% powierzchni Tatr, a spośród 31 samodzielnych szczytów przekraczających 2400m w Polsce (a właściwie na granicy) leżą tylko 4: Rysy, Niżnie Rysy, Mięguszowiecki i Mięguszowiecki Czarny. Teraz uważam, że tak jest lepiej. Dzięki temu setki tysięcy wczasowiczów i letników odwiedzających Zakopane koncentruje się w kilku miejscach maleńkich Tatr Polskich, a w rozległych Słowackich wciąż można znaleźć ciszę i spokój. Kto nie wierzy niech policzy: Słowaków jest 6 razy mniej niż Polaków, a "ich Tatry" są 4 razy większe od naszych. Można z tego wysnuć wniosek (dość karkołomny wprawdzie), że na ich szlakach jest jakieś 20 razy luźniej. Coś w tym jest... 


DO GÓRY dlaczego chodzę po górach

Bez sensu wydaje mi się znane z niektórych książek wytłumaczenie "chodzę po górach bo one są...", ponieważ ono w istocie nic nie wyjaśnia. Dla mnie liczy się oderwanie od miejskiego zgiełku i codziennych obowiązków, otwarte przestrzenie i wspaniałe widoki. Uważam, że najlepszy odpoczynek osiąga się przez fizyczne zmęczenie. Idąc pod górę czuję, że jestem wolny. Kiedy chcę iść - idę, kiedy chcę leżeć -  kładę się na skałach lub w trawie i leżę, a potem znów idę... Gdy jestem na szczycie, rozglądam się wokół i dziwię się dlaczego "w tak pięknych okolicznościach przyrody" jestem sam jak okiem sięgnąć. Kto nie wierzy, że w Słowacji można iść cały dzień i spotkać kilka osób niech tam pojedzie i przekona się sam. Jest wiele miejsc, w których we wrześniu przy pięknej pogodzie można przez cały dzień spotkać dosłownie kilka osób lub nawet nie spotkać nikogo. Tak to już sobie chodzę 20 lat i jestem coraz bardziej przekonany, że to właśnie lubię.


DO GÓRY mój styl chodzenia

To co napiszę wywoła oburzenie wszystkich ortodoksyjnych turystów. Otóż od lat nie nocuję w schroniskach i nie chodzę z ciężkim plecakiem. Zamieszkuję sobie wygodnie w Toporowej Cyrhli (od lat w tym samym domu, gdzie w latach 1998-2000 płaciłem po "pitnoście", a w latach 2001-2003 tylko "dwajścia")  i stamtąd wyruszam na szlaki. Codziennie wyjeżdżam samochodem do wybranego miejsca gdzieś w Słowacji, wychodzę na szlak, a wieczorem muszę jakoś wrócić do punktu wyjścia (pewnego razu wracałem słowacką karetką pogotowia).
Pisałem już, że jeżdżę w góry by uciec od miasta i cywilizacji, a tu nagle przyznaję się do jazdy samochodem. Otóż samochód w górach daje mi to co pokazują telewizyjne reklamy: wolność i przyjemność z jazdy, których nie mam jeżdżąc nim do pracy zatłoczonymi ulicami w "asfaltowej dżungli". 
Wracając do chodzenia z plecakiem - jakiś czas temu dostałem interesujący list od autora strony www.beskiddukielski.republika.pl/ (polecam!), w którym zawarł on refleksję o starych prawdziwych turystach czyli "plecakowych", którzy jak dinozaury wymierają, ustępując pola nowej fali. Rzeczywiście mało już "plecakowych", dźwigających na grzbiecie cały swój dobytek od schroniska do schroniska. Sam też nie jestem już "plecakowym", ale coś mi jeszcze z tamtych czasów pozostało. Z upodobaniem chodzę w starych, znoszonych ciuchach: połatanych dżinsach i flanelowych koszulach. Nowa fala ubrana w markowe ciuchy, spacerując bez najmniejszego nawet plecaka, ale za to z portfelem pełnym kart kredytowych i maleńkim aparatem cyfrowym, patrzy na mnie zdegustowana. Ale na odległych szlakach wciąż spotykam turystów podobnych do siebie. Mijając się rzucamy krótkie "cześć!" i idziemy dalej przed siebie ...


DO GÓRY jak "prześladował mnie" reżim

Dziś po latach, mogę ze śmiechem powiedzieć, że będąc turystą w ciężkich czasach, byłem prześladowany przez reżim. Latem 1982 roku (trwał jeszcze stan wojenny) pojechałem w Kotlinę Kłodzką i wysiadłem w Kudowie, na stacji otoczonej przez milicję. Zostałem pouczony, że w Polsce nie istnieje turystyka indywidualna, aby chodzić po górach trzeba mieć pozwolenie, a w ogóle mam natychmiast wracać tam skąd przyjechałem. W efekcie zmusili mnie do wyjazdu z Kudowy (pojechałem do Polanicy).  Z kolei w 1983 roku pojechałem w góry uzbrojony w wydane przez milicję pozwolenie na przebywanie w strefie nadgranicznej "od Zwardonia do Zakopanego", które z powodu "odwilży" okazało się całkowicie niepotrzebne.  W lipcu 1985 w Tatrach w okolicy Przełęczy Kondrackiej, ukryci w kosodrzewinie WOPiści skonfiskowali mi spodnie moro. W innym roku zostałem zatrzymany przez WOP na Łysej Polanie jako wspólnik kolegi podejrzanego o fotografowanie przejścia granicznego. W rzeczywistości kolega fotografował tablicę z kretyńskim socjalistycznym hasłem, którego treści nie pamiętam. Jeszcze innym razem, będąc w Bieszczadach, szedłem z kolegą nielegalnie pasem drogi granicznej z Wielkiej Rawki na Krzemieniec, na którym schodziły się granice Polski, ZSRR i CSRS. Nagle przed nami pojawili się WOPiści. Kolana się pod nami ugięły, a tymczasem oni nie zwrócili na nas uwagi i wszyscy poszliśmy w swoją stronę. 


DO GÓRY o stronie i planach jej rozwoju

Pierwsza wersja tej strony powstała w marcu 2001. Działała bardzo ładnie, ale tylko na moim komputerze. Po dwóch tygodniach dłubania przy stronie najzwyczajniej straciłem zapał do tej pracy bo jak na włożony czas efekty były mizerne. Siły do drugiego podejścia zbierałem przez blisko rok. Aby moje wysiłki nie poszły całkiem na marne, 23 lutego 2002 opublikowałem stronę nie bawiąc się w żadne upiększenia. Teraz mam poczucie, że nawet jak to rzucę, coś jednak pozostanie i spokojnie pracuję dalej.  Cały czas podtrzymuję , że nie będę tu kopiował przewodników i encyklopedii tylko po to by zrobić oszałamiający wortal. Nie stworzę rozdziałów o budowie geologicznej, florze, faunie, ludności, historii taternictwa, klimacie, zakwaterowaniu itp. chociaż kto wie czy nie będę musiał tego odszczekać...