Cywilizacja, którą stworzyliśmy jest naszym wrogiem. Miasto, autobusy, tramwaje, samochody, szkoła
i praca za biurkiem przez większą część roku powodują, że w góry
przyjeżdżają nie ludzie, a flaki (tu zaznaczam, że dotyczy to także
mnie). W tym stanie rzeczy niezbędne po przyjeździe jest chodzenie na
krótkie trasy i stopniowe zwiększanie ich długości co umożliwia
prawidłowy przebieg aklimatyzacji i podreperowanie kondycji. Zaznaczam,
że moim celem nie jest prawienie morałów, chcę tylko napisać parę
słów o własnych przejściach ponieważ nigdy nie stosowałem się do
tej zasady.
Jak nie należy postępować (sprawdziłem na sobie)
W 1996 roku przyjechałem w Tatry w sierpniu i pierwszego dnia (już po
noclegu w Zakopanem) wybrałem się bez aklimatyzacji :-) na Sławkowski
Szczyt (2452m) szlakiem ze Smokowców. Do tego mało rozsądnego przedsięwzięcia
skłoniły mnie niepokojące prognozy pogody na kolejne dni. Dla tych,
którzy nie wiedzą: droga nie jest długa, ale do podejścia jest 1440
metrów (o 340 metrów więcej niż z Morskiego Oka na Rysy). Szło mi
się słabo, a jak pamiętam, jeszcze poniżej Królewskiego Nosa
(2272m) osłabłem tak bardzo, że na końcówce zatrzymywałem się co
kilkadziesiąt kroków...
W 2000 roku przyjechałem w Tatry
w czerwcu. Pierwszy dzień był następujący: po czterech godzinach snu
wstałem o 4 rano, wsiadłem w samochód i po 8 godzinach prowadzenia
samochodu dotarłem do Cyrhli. Tam przebrałem się szybko, wsiadłem w
samochód i pojechałem przez Chochołów na Słowację aby z przystanku
Biała Skała koło wsi Huty wejść na Siwy Wierch (1804m). Do podejścia
było niecałe 900 metrów. Szło mi się znakomicie - na szczycie byłem
po 2h 30min, ale zejście wspominam jak najgorzej. W pewnym momencie miałem
miękkie kolana i uczucie całkowitego braku władzy w nogach. Cały
czas wydawało mi się, że się przewracam i za sprawą wszechobecnej
grawitacji ląduję na pysku. Powrót samochodem do Cyrhli był
makabryczny bo noga na gazie drgała mi jak oszalała i nie mogłem tego
opanować...
W 2001 roku po pierwszym noclegu wybrałem się
na Koprowy Szczyt szlakiem przez Doliny Koprową i Hlińską z zejściem
przez Dolinę Mięguszowiecką do Szczyrbskiego Jeziora i przymusowym
spacerem 11 km do Trzech Studniczek gdzie zostawiłem samochód (trasę
opisuję w szlakach Tatr Wysokich - łącznie było to 36,5 km oraz około
1350 m podejść). Słabość dopadła mnie w pięknej
Dolinie Hlińskiej w trakcie podejścia na Koprową Przełęcz. Później
jakoś się przemogłem i było dużo lepiej. Do samochodu trafiłem po
omacku około 20.30 w zupełnie przyzwoitej formie. Na dodatek szedłem
po raz pierwszy w nowych butach!!! Po drodze przykleiłem sobie tylko
jeden plaster co uznaję za ogromny sukces. Późnym wieczorem (prawie nocą)
dzwoniłem do domu i dosłownie nie byłem w stanie gadać tak się cały trząsłem
z wyczerpania...
Zdecydowanie lepiej jest zaczynać tak:
W 1999 roku we wrześniu przyjechałem do Cyrhli około godziny 15.00 i poszedłem
grzecznie z Zazadni na Rusinową Polanę, gdzie leżąc w popołudniowym słońcu
podziwiałem Tatry Wysokie. Wróciłem szlakiem przez Wierch Poroniec i kilka
kilometrów szosą do Zazadni. Cała trasa zajęła mi 3 godziny...
a nazajutrz...
Niestety nie przypominam sobie abym kiedykolwiek chodził tak jak należy i
stopniowo wydłużał trasy. Następnego dnia poszedłem na Bystrą z
Podbańskiej (pętla z Podbańskiej przez Dolinę Kamienistą i przełęcz
Pyszniańską; powrót przez Dolinę Bystrą to 22 km + 1300 m podejścia).
Nie jest to dużo pod warunkiem, że nie mówimy o pierwszym pełnym
dniu pobytu po przyjeździe. Wróciłem, mówiąc delikatnie, dość mocno zmęczony...
a teraz poważnie...
Myślę, że jednak lepiej nie szarżować, a jeśli już to z umiarem. Każdego
roku GOPR ściąga dziesiątki lekkomyślnych turystów, którzy zabłądzili,
ulegli wypadkowi lub zasłabli. Niestety wśród ściąganych są także
martwi. Na koniec mała przestroga: lekkomyślność jest w Tatrach
szczególnie niebezpieczna. O zgubnych skutkach braku aklimatyzacji
najdobitniej świadczą dwa słynne wypadki taternickie. Przykładowo w 1933 roku
na Galerii Gankowej zmarł z wyczerpania słynny i wybitny
taternik i alpinista Wincenty Birkenmajer. Podobna była
przyczyna śmierciZbigniewa Abgarowicza w 1950 roku w ścianie
Mięguszowieckiego Szczytu. Dodam tutaj, że obaj byli twardzielami i w
przeszłości niejeden raz spędzali mroźne noce gdzieś pośrodku
stromych ścian, ale jednak obaj popełnili podobny błąd i bez
fizycznego przygotowania porwali się na trudne drogi. Oczywiście przeciętny turysta
nie chodzi drogami taternickimi i to zimą, więc nie spotkają go takie przeżycia, ale
z drugiej strony wiadomo, że "wystarczą" mu znacznie drobniejsze
przeciwności typu mgła, deszcz, ochłodzenie.