<< główna <<

.: szlaki :.

Tatry Bielskie
Tatry Wysokie    
Tatry Zachodnie
 

.: miejsca :.

Słowacki Raj
Niżne Tatry    
Orla Perć
Morskie Oko
Dolina Białej Wody
Dolina Rohacka
D. Mięguszowiecka
Giewont

.: o Tatrach :.

informacje ogólne  
flora

.: galerie :.

galerie zdjęć    
tapety
panoramy

.: turystyka :.

noclegi    
schroniska    
mapy
ekwipunek
jak łazić

.: inne :.

ciekawostki
Korona Tatr
Matterhorn
tatromaniaczek
dla webmasterów
linki
nie wchodzić tu!
kontakt
o mnie

liczba gości:   4
najwięcej:  37

 

.: O aklimatyzacji i kondycji :.


czyli jak łazić aby się nie wykończyć

Cywilizacja, którą stworzyliśmy jest naszym wrogiem. Miasto, autobusy, tramwaje, samochody, szkoła i praca za biurkiem przez większą część roku powodują, że w góry przyjeżdżają nie ludzie, a flaki (tu zaznaczam, że dotyczy to także mnie). W tym stanie rzeczy niezbędne po przyjeździe jest chodzenie na krótkie trasy i stopniowe zwiększanie ich długości co umożliwia prawidłowy przebieg aklimatyzacji i podreperowanie kondycji. Zaznaczam, że moim celem nie jest prawienie morałów, chcę tylko napisać parę słów o własnych przejściach ponieważ nigdy nie stosowałem się do tej zasady.

Jak nie należy postępować (sprawdziłem na sobie)

W 1996 roku przyjechałem w Tatry w sierpniu i pierwszego dnia (już po noclegu w Zakopanem) wybrałem się bez aklimatyzacji :-) na Sławkowski Szczyt (2452m) szlakiem ze Smokowców. Do tego mało rozsądnego przedsięwzięcia skłoniły mnie niepokojące prognozy pogody na kolejne dni. Dla tych, którzy nie wiedzą: droga nie jest długa, ale do podejścia jest 1440 metrów (o 340 metrów więcej niż z Morskiego Oka na Rysy). Szło mi się słabo, a jak pamiętam, jeszcze poniżej Królewskiego Nosa (2272m) osłabłem tak bardzo, że na końcówce zatrzymywałem się co kilkadziesiąt kroków... 

W 2000 roku przyjechałem w Tatry w czerwcu. Pierwszy dzień był następujący: po czterech godzinach snu wstałem o 4 rano, wsiadłem w samochód i po 8 godzinach prowadzenia samochodu dotarłem do Cyrhli. Tam przebrałem się szybko, wsiadłem w samochód i pojechałem przez Chochołów na Słowację aby z przystanku Biała Skała koło wsi Huty wejść na Siwy Wierch (1804m). Do podejścia było niecałe 900 metrów. Szło mi się znakomicie - na szczycie byłem po 2h 30min, ale zejście wspominam jak najgorzej. W pewnym momencie miałem miękkie kolana i uczucie całkowitego braku władzy w nogach. Cały czas wydawało mi się, że się przewracam i za sprawą wszechobecnej grawitacji ląduję na pysku. Powrót samochodem do Cyrhli był makabryczny bo noga na gazie drgała mi jak oszalała i nie mogłem tego opanować... 

W 2001 roku po pierwszym noclegu wybrałem się na Koprowy Szczyt szlakiem przez Doliny Koprową i Hlińską z zejściem przez Dolinę Mięguszowiecką do Szczyrbskiego Jeziora i przymusowym spacerem 11 km do Trzech Studniczek gdzie zostawiłem samochód (trasę opisuję w szlakach Tatr Wysokich - łącznie było to 36,5 km oraz około 1350 m podejść). Słabość dopadła mnie w pięknej Dolinie Hlińskiej w trakcie podejścia na Koprową Przełęcz. Później jakoś się przemogłem i było dużo lepiej. Do samochodu trafiłem po omacku około 20.30 w zupełnie przyzwoitej formie. Na dodatek szedłem po raz pierwszy w nowych butach!!! Po drodze przykleiłem sobie tylko jeden plaster co uznaję za ogromny sukces. Późnym wieczorem (prawie nocą) dzwoniłem do domu i dosłownie nie byłem w stanie gadać tak się cały trząsłem z wyczerpania...

Zdecydowanie lepiej jest zaczynać tak:

W 1999 roku we wrześniu przyjechałem do Cyrhli około godziny 15.00 i poszedłem grzecznie z Zazadni na Rusinową Polanę, gdzie leżąc w popołudniowym słońcu podziwiałem Tatry Wysokie. Wróciłem szlakiem przez Wierch Poroniec i kilka kilometrów szosą do Zazadni. Cała trasa zajęła mi 3 godziny...

a nazajutrz...

Niestety nie przypominam sobie abym kiedykolwiek chodził tak jak należy i stopniowo wydłużał trasy. Następnego dnia poszedłem na Bystrą z Podbańskiej (pętla z Podbańskiej przez Dolinę Kamienistą i przełęcz Pyszniańską; powrót przez Dolinę Bystrą to 22 km + 1300 m podejścia). Nie jest to dużo pod warunkiem, że nie mówimy o pierwszym pełnym dniu pobytu po przyjeździe. Wróciłem, mówiąc delikatnie, dość mocno zmęczony...

a teraz poważnie...

Myślę, że jednak lepiej nie szarżować, a jeśli już to z umiarem. Każdego roku GOPR ściąga dziesiątki lekkomyślnych turystów, którzy zabłądzili, ulegli wypadkowi lub zasłabli. Niestety wśród ściąganych są także martwi. Na koniec mała przestroga: lekkomyślność jest w Tatrach szczególnie niebezpieczna. O zgubnych skutkach braku aklimatyzacji najdobitniej świadczą dwa słynne wypadki taternickie. Przykładowo w 1933 roku na Galerii Gankowej zmarł z wyczerpania słynny i wybitny taternik i alpinista Wincenty Birkenmajer. Podobna była przyczyna śmierci Zbigniewa Abgarowicza w 1950 roku w ścianie Mięguszowieckiego Szczytu. Dodam tutaj, że obaj byli twardzielami i w przeszłości niejeden raz spędzali mroźne noce gdzieś pośrodku stromych ścian, ale jednak obaj popełnili podobny błąd i bez fizycznego przygotowania porwali się na trudne drogi. Oczywiście przeciętny turysta nie chodzi drogami taternickimi i to zimą, więc nie spotkają go takie przeżycia, ale z drugiej strony wiadomo, że "wystarczą" mu znacznie drobniejsze przeciwności typu mgła, deszcz, ochłodzenie.